fuckingwitch | e-blogi.pl
Blog fuckingwitch
Obcinanie skrzydeł 2019-04-16

 Moi rodzice pod jednym względem się różnili. EDUKACJI. Mój tata zakończył szkołę zawodową, natomiast moja mama dwa kierunki studiów z wieloma kursami dodatkowymi.  Dlatego ze strony mamy zawsze czułam większe parcie na naukę oraz rozwijanie swojej kariery- co oczywiście nie jest niczym złym, pod warunkiem, że zachowa się zdrowy umiar. ..


 Zaczynając od początku, to nie tylko moja mama była dobrze wykształcona. Jej rodzeństwo, siostra i brat  również należą do wyuczonych. Ciotka obraniała ostatnio swoją prace doktorską.  Wszyscy oczywiście wybrali dziedziny zaawansowane,  dlatego moja droga kariery tak bardzo nimi wstrząsnęła. 


 Wyobraźcie sobie, że na kolacji, na której obecna była moja babcia wraz ze swoimi dziećmi oraz mąż ciotki, dla dodatkowej obecności zaproszeni zostali profesorowie z komisji doktorskiej, zadano mi pytanie: „ Kochana siostrzenico, na jaki kierunek studiów się wybierasz?” 


 A więc w obecności  profesorów zarządzania i innymi nie osiągalnymi dla mnie dziedzinami ,odparłam: „ Wybrałam kierunek Dziennikarstwa i Komunikacji społecznej” – nawet nie zdawałam sobie jak te słowa mogą być niebezpieczne. 


 Najpierw zauważyłam zdziwienie, na oczach rodziny. Następnie pogardę ze strony profesorów nauk ścisłych. Na koniec wstyd w oczach ciotki, która wypowiedziała słowa : „Moja siostrzenica chyba nie wybrała tak naprawdę jeszcze kierunku swojej kariery zawodowej”- ratując sytuacje.  I uwierzcie mi, nie koloryzuje. 


 Pierwsze co przyszło mi na myśl to, to kogo interesują moje wybory? To moje życie, to ja decyduje kim chce być i jak to osiągnę.  Jednak każdy chciałby czuć wsparcie ze strony rodziny. Chciała bym czuć, że jeszcze ktoś oprócz mnie wierzy, że jestem w stanie osiągnąć  swój cel. Oczywiście mam takie osoby, między innymi mój chłopak, który codziennie powtarza mi, że jestem mądra i jeśli tylko będę odpowiednio pracować , osiągnę to co sobie założę za cel. Przyjaciół, którzy mnie wspierają i mocno trzymają za mnie kciuki. 


 Zrozumiałam powiedzenie „ z rodziną wygląda się dobrze tylko na zdjęciu”. Nie wybieramy swojej rodziny ale możemy wybrać ludzi, którymi będziemy się otaczać. Ja wybrałam tych, przy których czuje się wartościowa, warta uwagi i zainteresowania, którzy pozwalają mi realizować siebie bez mylnego poczucia wstydu- ale przede wszystkim wybrałam tych, którzy nie mają średniowiecznego poglądu, że tylko „cyferki” są najważniejsze. 


 Teraz już wiem, to ludzie zaściankowi i zapatrzeni w siebie obcinają nam skrzydła. Mam odwagę by podążać drogą kariery, która nie jest uznawana za pewną. Jest trudna i aby się wybić, często jest potrzebne zwykłe szczęście. Jednak wolę to niż bezsensowny bełkot ludzi, którzy myślą, że są klasą wyższą i elitą- przykro mi tylko, że muszę uświadomić ich, że skoro tak myślą to sami stawiają się na końcu łańcucha moralnego i bliżej im do padliny niż do elity;). 


 


 


fucking_witch


Czy kilometry istnieją? 2019-03-29

 Znacie te "przeurocze" posty w Internecie z rozmów zakochanych które wyglądają mniej więcej tak:


 - forever


 -together


 -kilometry? 


 - nie istnieją 


 ... etc. 


 Po pierwsze może jestem cyniczna ale zawsze moja reakcja brzmiała coś w stylu "fuj rzygam tęczą ble". Po drugie - to nie takie proste jak się wydaję. 


 Jestem z Marcinem w związku dwa lata, dalej mieszkając od siebie w odległości 150 km. W momencie kiedy on pracuję a ja się uczę nie mamy zbytnio możliwości widzieć się codziennie. Fakt wszystkie długie weekendy są czy przerwy, wakacje i ferie są nasze. Jednak istnieją one w kalendarzu nie tak często jak byśmy chcieli. Finalnie więc w czasie roku szkolnego widujemy się jakoś dwa razy w miesiącu. Jeden weekend u mnie jeden u niego. Wydaje się być to fair wobec wszystkich. Jednak na początku nie było to takie łatwe. 


 Nie jestem pierwszą dziewczyną Marcina, która nie mieszka w jego mieście i musiał by do niej sporo dojeżdżać, więc wiedział jak to mniej więcej będzie wyglądać i był na to przygotowany. Dla mnie to była nowość, nowa sytuacja, w której musiałam się jakoś odnaleźć. *już pomijam fakt, że na początku znajomości wmawiałam wszystkim i sobie, że z tego nic nie wyjdzie bo ja przecież nie wejdę w związek na odległość haha*


 Gdy wcześniej byłam w długim związku z innym facetem, przyzwyczajona do tego, że jest blisko i jeśli będę go potrzebowała to w ciągu 20 minut będzie na miejscu. Z Marcinem z wiadomych względów jest inaczej. Pomimo że, wiedziałam jak bardzo mnie we wszystkim wspiera i chce być blisko mnie, zawsze mi w jakiś sposób jego brakuje. W noce kiedy jest mi źle, chciała bym się przytulić do mężczyzny, który jak by tylko mógł to nieba by mi uchylił. Poczuć się kochana i bezpieczna, by ktoś sprawił bym przestała się czuć beznadziejnie- tylko on tak potrafi. 


 Finalnie jestem zazwyczaj sama i muszę sobie radzić tak jak umiem. Dlatego właśnie czytając takie bzdury oczy mi krwawią, mózg się przegrzewa, dusza płonie. Nie ma czegoś takiego jak "kilometry nie istnieją" bo to głupota. Istnieją i o to właśnie chodzi. Ma to znaczenie, kiedy odbierasz w środku nocy telefon od zapłakanej ukochanej/ukochanego i jedyne co wstanie jesteś zrobić to powiedzieć "kochanie uspokój się, wszystko będzie dobrze, prześpij się i porozmawiamy o wszystkim rano odpocznij, kocham cię i zawsze możesz na mnie liczyć". Choć w głębi duszy masz ochotę nie mówić nic tylko być obok, mocno przytulić i nie puszczać aż nie zaśnie. 


 Więc tak kurwa, kilometry istnieją i się bardzo liczą bo wchodzą w nasze życie z buciorami i buduje bariery...


 


 


 fucking_witch


Ludzie jak gołębie 2019-03-24

  Jeden z wielu stereotypów o kobiecie to ten, który mówi, że myślimy często o ślubie, dzieciach i zakładaniu rodziny. O tym, że już na pierwszej randce kreuje się nam w głowach obraz białej sukni, muzyki, tańców i wszystkiego co jest z tym związane. Gówno prawda mężczyźni ;).  


  Kiedy mój chłopak porusza temat ślubu odpowiadam żartobliwie " kochanie ja nie jestem gołębiem by się obrączkować". Lecz śmiech i żarty to moja zbroja, wyciągam ją wtedy, gdy chcę odwrócić czyjąś uwagę. Na ogół się to sprawdza i działa na różnych płaszczyznach. 


  Uważam, że decyzja o założeniu rodziny była by dla mnie bardzo trudna. W końcu decydujesz wziąć odpowiedzialność za więcej niż samego siebie ale i potencjalnego partnera męża/żonę ale przede wszystkim wasze dzieci. Decydujesz się codziennie troszczyć, dbać i wspierać swoich bliskich ale przede wszystkim musisz zapewnić im stabilność i poczucie bezpieczeństwa. Każdy kto zakłada rodzinę powinien tak właśnie o tym myśleć, jeśli myślisz inaczej- to moim skromnym zdaniem powinieneś dalej bawić się codziennością i powrócić do tematu jak dorośniesz. 


  Piszę o odpowiedzialności, choć jest to przejaw hipokryzji bo sama taka nie jestem. Zdarza mi się podjąć nieprzemyślane decyzje. Bywały momenty, że to głupie szczęście ratowało mnie z pochopnych działań. Najlepszym przykładem jest to w jaki sposób zaczął się mój związek. 


  Poznałam mojego chłopaka w tradycyjny sposób jak na XXI wiek, poprzez aplikację randkową. Okazało się, że mieszka w innym mieście jakieś 150 km od mojego, jest starszy o dwa lata i na potrzeby bloga nazwiemy go Marcin. Powiem szczerze, że od samego początku nie wierzyłam w tą znajomość. Opowiadałam koleżanką, że jest on szalony, że piszemy ze sobą tylko dla zabicia czasu i bla bla bla. Po prostu nie brałam tego na poważnie. 


  Pisaliśmy ze sobą dwa tygodnie. Pamiętam jak po dwóch dniach pierwszy raz do mnie zadzwonił i zastanawiałam się czy na pewno powinnam odebrać, a jeśli już odbiorę to niby o czym będziemy rozmawiać. Okazało się, że Marcin jest miły, zabawny i tak samo zdrowo walnięty jak ja. Utrzymywaliśmy codzienny i ciągły kontakt przez dwa tygodnie. I właśnie teraz ukaże się brak mojej odpowiedzialności. 


  Umówiliśmy się na wspólny weekend, u niego w mieście. Przyjechał po mnie, spałam u niego w domu, poznałam jego przyjaciół i rodzinę z którą mieszkał. Uświadomię was, że miałam wtedy siedemnaście lat a mój tata nie miał zielonego pojęcia, że jestem akurat w takiej sytuacji. Myślał, że wyjechałam na wycieczkę ze znajomymi. Lecz na prawdę byłam w obcym mieście, u obcego chłopaka w domu. 


  Na szczęście Marcin wpadł na pomysł by przyjechać po mnie ze swoją przyjaciółką i jej chłopakiem bym nie czuła się zbytnio niezręcznie lub przestraszona. Lecz prawda jest taka, że nikogo z nich nie znałam, nie wiedziałam kim są. Mogło by się to skończyć inaczej. Mogła stać mi się krzywda, przecież nigdy wcześniej nie widziałam Marcina i go nie znałam. Było to skrajnie nieodpowiedzialne. Oczywiście mogę się upierać, że przecież nic się nie stało a my się w sobie zakochaliśmy i jesteśmy w związku już trzy lata- ale to nie jest wytłumaczenie. Tak jak mówiłam, miałam więcej szczęścia niż rozumu.


  Kiedy rozpoczynasz swoją przygodę z budowaniem rodziny w pięknym domu nie powinnaś robić takich rzeczy. Musisz dorosnąć do tak dużej odpowiedzialności. Przewyższać dobro innych nad swoje. Umieć poświęcić się. Potrafić zrezygnować na rzecz czegoś ważniejszego, być może nawet z tego nie korzystając. 


  Jednak wejście w małżeństwo a w rodzicielstwo się trochę różni. Nie oszukujmy się, często jest tak, że rodzicami zostajemy przypadkowo ;).Jednak małżeństwo nie rodzi się z przypadku. 


  Skąd się wzięła moja niechęć do zamążpójścia? 


   Na moich oczach rozpadało się małżeństwo moich rodziców, choć doskonale wiem, że kiedyś łączyła ich wręcz szczeniacka miłość. Ludzie po ślubie się zmieniają. Miłość wygasa. Widziałam przypadki kiedy zamieniała się w nienawiść. Nie chciała bym tego dla swojego związku. Wręcz boje się, że właśnie tak by się zakończył. Lecz nie popadajmy w skrajności, ponieważ w ten sam sposób zakończyć może się każdy związek, nie tylko ten małżeński. 


   Więc skoro zarówno jak i w jednym przypadku jak i drugim finał może być podobny, to po co się wtedy hajtać? Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Jak na razie zamierzam się chować za moim żarcikiem z gołębiem, i czekać na moment kiedy je poznam i zrozumiem. 


 


 


 


fucking_witch


Wiecie o co chodzi w życiu? 2019-03-23

   Zgaduję, że nikt nie zna odpowiedzi na moje pytanie. Każdy może mieć swoje zdanie, domyślać się i rozmyślać ale pewności nigdy nie uzyska. Co jest szczerze powiem mega wkurwiające. Odpowiedź na dokładnie to pytanie ułatwiło by wszystkim ludziom życie i walkę w utrzymaniu w go w stanie dla nas pożądanym. Ale skoro każdy ma swoje domysły to i ja również je mam. 


   "Doświadczanie" 


    Mam na myśli, że nie da się przejść przez życie bez doświadczenia  wszystkiego co nam oferuje. Wszystko co dobre i złe, emocje, zdarzenia, ludzi i rzeczy. To, przez co przechodzimy w życiu kształtuje nas samych i nasze spojrzenie na świat. Jednak zazwyczaj co jakiś czas zostajemy wystawieni na próbę, którą zapamiętujemy na zawsze. 


   Moją próbą była śmierć mamy.Ale od początku..


   Miałam piętnaście lat, rodzice postanowili o rozwodzie więc atmosfera w domu rzadko bywała przytulna. To właśnie wtedy z braku zainteresowania ze strony rodziców oraz wrażenia, że wszyscy dookoła mnie nie słuchają i nie widzą, wystąpił u mnie syndrom buntu nastoletniego. A przynajmniej tak mi się wydaję. 


   Moi rodzice zawsze dużo pracowali i rzadko byli w domu. Różnica polega na tym, że tata pracował na etacie a mama miała nienormowalne godziny pracy plus częste delegacje. Nie oszukujmy się, mało bywała w domu, nawet jeśli była wtedy w mieście. Powiem otwarcie, mama robiła to samo co ja, czyli szukała formy ucieczki. Dla odmiany czekał nas okres zmian a dosłownie okres kiedy wszyscy przestaniemy uciekać. I właśnie wtedy zachorowała moja mama... 


   Najgłupsze jest to, że o chorobie mamy dowiedzieliśmy się przypadkowo, podczas badań kontrolnych do zakładu pracy. Brzmiało groźnie bo w końcu kto nie przestraszył by się na słowa takie jak rak czy nowotwór. Myśleliśmy, że mamy czas na badania, informacje czy rozważenie ewentualnych opcji. Lecz z dzisiejszej perspektywy myślę, że jeśli chodzi o mnie, to po prostu pokładałam w to nadzieję. Prawda jest taka, że jedyne co mogliśmy zrobić to przygotować się na najgorszy czas w naszym życiu. Najgorszy ale stosunkowo krótki, mama chorowała dwa miesiące. 


   Piętnastoletnia dziewczyna, z problemem swojej egzystencji, miejsca na świecie no i bla bla bla bla... Nosz kurwa piętnastolatki mają problem ze wszystkim, taki wiek. Nie bez powodu w tym okresie młodzież najczęściej popada w depresje i inne problemy natury psychicznej. Mam na myśli, oglądanie z dnia na dzień coraz słabszej bliskiej osoby dla takiego nastolatka może być czymś " za dużo". 


   W dniu kiedy cierpienie mamy się skończyło doszła do mnie pewna świadomość. Bliska mi osoba przestała istnieć w świecie, którym się otaczam. Pozostały mi wspomnienia ale odebrano mi przyszłość. Życie zostawiło na mnie bliznę, która nie raz mnie zabolała i nie raz jeszcze o sobie przypomni. Zostałam pół sierotą (tak to się podobno mówi na obecną sytuacje), zmienia to człowieka nieodwracalnie.


   Na dzień dzisiejszy jedynie co umiem wywnioskować to, że ludzie zawsze kiedyś w końcu umierali, umierają i umierać będą. Nie ważne czy nas kochali, nienawidzili, a może nami gardzili. Nie zważając na to czy doświadczali życia wystarczająco długo, ledwo je zaczęli czy mieli jeszcze wiele do doświadczenia... tak jak moja mama. 


  Wiem, że to co teraz napisze będzie bardzo kontrowersyjne, dla niektórych może nawet nie na miejscu. Cieszę się, że moja mama już nie cierpi. Nikt nie był w stanie jej pomóc, mogliśmy tylko próbować uśmierzać ból. Pomimo to, i tak co noc słyszałam jej płacz, pytania "dlaczego ja?" czy "kiedy to się już skończy?". Chodź z drugiej strony podziwiam ją. Zawsze gdy weszłam do pokoju, starała sie ukryć ból i planować nam przyszłość choć obie znałyśmy prawdę. Była silna, tak silna jak ja nigdy nie byłam.  


 


 


  Pamiętam o wszystkim...


 


  fucking witch


 


Nigdy nie wybrana 2019-03-22

Rozmyślałam o tym od dłuższego czasu. Zaczęłam planować. Liczyć swoje fundusze. Próbować spiąć wszystko tak, aby wyglądało to jak najlepiej. Wiem, że jednym kłamstwem przykrywam drugie. Jednak wiem, że nie mam innego wyboru. Nikt mnie nie zrozumie, nie chcieli by nawet słuchać. Dla nich nie ma miejsca na słabości, po prostu mam być idealna i nie sprawiać kłopotów. I jest jeszcze on. Dla niego powinnam się nie wychylać,być prosta i bezproblemowa. Jak snujący się duch, bezszelestnie i niezauważalnie. Istnieje tylko po to aby opisywać mnie w samych superlatywach. Oczywiście tylko wtedy kiedy "publika" słucha, jestem dla niego jak jakiś pieprzony piesek na wystawie. Lecz nikt nigdy nie zapytał mnie jak wygląda moje życie- dlaczego? Bo doskonale wszystko wiedzą i znają prawdę ale nigdy nikt nie powiedział tego głośno. 


Nikt nigdy nie przyznał, że w naszej rodzinie codziennie funkcjonuje choleryk, alkoholik i ćpun. Każdy był daleko, widzieliśmy się rzadko, skoro nie mieszkali z nim uważali, że to nie jest ich problem. Był naszym- moim i mojej mamy. 


To my się musiałyśmy użerać z nim, z jego uzależnieniem. Zostałyśmy pozostawione z jego słabościami same. Choć to nie my go wychowywaliśmy. Pomimo, że to nie naszym zadaniem było pokazać mu, co jest dobre a co złe, nie naszym obowiązkiem było wytłumaczyć mu co jest ważne a co ważniejsze. Przykre jest to, że nie raz byli informowani o problemie, proszeni o interwencje, lecz wszystko na co było ich stać to chwila krzyku. *uuaa na samą myśl przechodzą mnie dreszcze -,-* (dla mniej ogarniętych CHOLERNY SARKAZM KURWA ;) ) 


Najsmutniejsze jest to, że żadna z nas nigdy nie postawiła na nim krzyżyka. Byłyśmy głupie wierząc w to, że on się kiedykolwiek zmieni i ten koszmar się skończy. Lecz najśmieszniejsze jest to, że to właśnie ja dłużej wierzyłam w niego niż  mama. 


Po śmierci mamy, dostał ode mnie ostatnią szanse. Nie chciałam się rozklejać czy się wyżywać. Powiedziałam tylko parę zdań: " Tato doskonale wiesz co mam Ci do zarzucenia. Wiesz, że zostaną w mojej pamięci rzeczy, których ci nigdy nie wybaczę. Jeśli kiedykolwiek na to liczyłeś, przestań już teraz bo to strata czasu. Jeśli jednak jest Ci w jakiś sposób źle i być może chcesz zmienić nasze życie, to teraz jest ten jedyny ostatni moment. Dziś ja Twoja córka daje Ci ultimatum, jeśli nic się nie zmieni i dalej będziesz żył tak jak dziś stracisz bezpowrotnie również mnie. Nie powiem Ci kiedy, ale przyjdzie taki dzień, że wyjdę z domu i będziesz żył sam." 


Co mam do powiedzenia tacie w 2019 roku? 


Ta rozmowa międzynami odbyła się cztery lata temu. Dla ciekawskich... ludzie nigdy się nie zmieniają ;) 


- Jesteś moim ojcem i pomimo twoich wad kocham cię i będę kochać zawsze, jednak chce być w swoim życiu szczęśliwa. Kiedyś prosiłam, błagałam i groziłam ale dziś tylko oznajmiam. Nie jesteśmy w stanie żyć razem. Chcę wyjś z domu w poszukiwaniu bezpieczeństwa, ciepła i radości. Czyli wszystkiego tego czego brakuje mi w naszym domu już od bardzo dawna. Może kiedyś dorośniesz i zrozumiesz, że walczyłam o Ciebie tak jak potrafi walczyć córka o ojca. Nigdy Cię nie skreśliłam, dałam wybór, jednak Ty już wielokrotnie wybrałeś NIE MNIE. 


 


 


fucking_witch


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]